Rzecz o tragarzu polskiej Prowincji

Tam, gdzie inni widzieli same kłopoty i powód do zgorszenia, on zobaczył szansę na start nowego dzieła. Patrząc na przydrożną karczmę, gdzie regularnie zbierała się „śmietanka towarzyska” z okolicznych melin, zobaczył „idealne miejsce” na ukazanie światu miłosierdzia Boga. Powiedział tylko: „Gdzie diabeł harcował, Chrystus będzie królował”. Warto poznać bliżej autora tego zdania.

Zdjęcie z certyfikaty obywatelswa USA

Pierwsze refleksje, które narzucają się podczas lektury jego życiorysu to jakiś rodzaj żalu, że „to taki niewykorzystany potencjał”, „zmarnował pół życia na miotanie się to tu, to tam”, „tak długo musiał czekać”, „zrobiłby więcej, gdyby ktoś się na nim poznał wcześniej”, itp. Ten żal to najlepszy dowód na to jak mało rozumiemy czym jest w rzeczywistości Opatrzność Boża. Ale zostawmy te refleksje. Ks. Aleksander Chwiłowicz – bo o nim mowa – szukał swojego miejsca na ziemi bardzo długo, ponad trzy dekady tułając się po seminariach, uczelniach i parafiach. To są fakty. Powinien był machnąć na wszystko ręką i zgnuśnieć w pretensjach. Jak to się stało, że stał się jednym z najradośniejszych Orionistów, jakich nosiła Ziemia? Sprawdźmy.

Start nie do pozazdroszczenia Z metryki chrztu, do której udało się nam dotrzeć, pisanej po rosyjsku, czyli w języku zaborcy, bardzo dużo można wyczytać między wierszami. ,,Działo się to w mieście Słupca 26 czerwca (8 lipca wg kalendarza gregoriańskiego) 1880 r. O 6.00 po południu zjawiła się Marianna Dybowska, sekretarka w Słupcy 31 lat mająca i Józef Dybalski 46 lat mający, oraz Józef Siwek robotnik 45 lat mający i przedstawili nam dziecię płci męskiej oświadczając, że ono urodziło się w Słupcy tego dnia o 8.00 rano z Anny Chwiłowicz mającej 32 lata. Dziecięciu temu na chrzcie św. dano imię Aleksander, a chrzestnymi jego byli Andrzej Żelski i Józefa Ledóchowska, którzy złożyli podpisy przy akcie. (ks. Białkowski)”. Na marginesie dodajmy, że w rzeczywistości urodził się w Koszutach, oddalonych od Słupcy o 4 km i został ochrzczony nie w swojej parafii (zlokalizowanej wówczas w Młodojewie), lecz w Słupcy właśnie w kościele św. Wawrzyńca. Jeden ze znajomych, który czytał tę metrykę, zapytał: „A gdzie jego ojciec?”. Możemy się tylko domyślać. Wiadomo tylko, że bieda wymusiła na Annie Chwiłowicz decyzję, by synka zostawić na wychowanie u swojego brata – Juliana, gdzie przebywał aż do 14 roku życia – a samej wyjechać do Saratowa nad Wołgą do pracy. Aleksander u wujostwa pasał krowy, pomagał w każdej niemal pracy w gospodarstwie i – co wiemy z relacji świadków – na wszelkie sposoby próbował się uczyć. Jego rówieśnicy zapamiętali też jego „zabawy w księdza”. Odprawiał nabożeństwa pośród krów i głosił tam pierwsze kazania. Te jego „dziwactwa” poprawnie odczytał jedynie parafialny organista – typ osoby, która zwykle w biografiach wielkich ludzi przepada bez wieści. A szkoda. Dzięki niemu mały pastuch mógł posiąść wiedzę z zakresu stopnia podstawowego, bez czego nie miałby najmniejszych szans na zbliżenie się do seminarium.

Wielki jasny dzieńDzięki wspomnieniom jego znajomych wiemy, że ten młody, ruchliwy i pracowity chłopak bardzo niecierpliwie oczekiwał na swój „wielki jasny dzień Pierwszej Komunii świętej”. Był to czas, w którym nie dopuszczano do niej dzieci w ósmym czy dziewiątym roku życia. Ten przywilej wprowadził dopiero święty Papież Pius X. Można było ją przyjąć mając lat trzynaście czy czternaście. Aleksandrowi ten „jasny dzień” zaświtał nieco wcześniej tj. w dwunastym roku życia. Jak już sugerowaliśmy, pragnął tego dnia zjednoczenia w Komunii z Chrystusem. Temu zjednoczeniu właśnie zawdzięcza późniejszą wytrwałość w przeciwnościach. Warto to podkreślić już teraz.

Autostopem po powołanie W 1894 r. Aleksander jedzie w końcu do Saratowa. Z jego życiorysu dowiadujemy się, że „wezwali go rodzice”. Prawdopodobnie widziano tam możliwości ukończenia przez tego nastolatka szkoły średniej. I rzeczywiście, Aleksander zaraz po przyjeździe do miasta wstąpił do gimnazjum. Oprócz faktu, że uczył się tam siedem lat, wiadomo też, że łatwego życia w Saratowie nie miał. Matka pracowała u pewnych państwa w charakterze pomocy domowej i ta sytuacja, mówiąca już dużo za siebie, zmuszała młodego Aleksandra do podejmowania różnych prac, żeby w ogóle jakoś się utrzymać. Pośród tych trudności rośnie w nim przekonanie o powołaniu do kapłaństwa. Z tym właśnie przekonaniem rusza ówczesnym autostopem do Warszawy. Dla ciekawskich powiemy tylko, że podróż tę odbył w większości pieszo lub okazją w postaci wozu z zaprzęgiem konnym. Możliwe, że „udało mu się złapać pociąg”. W 1901 r. zjawia się zatem w Warszawie i jesienią, w wieku 21 lat puka do bram Metropolitalnego Seminarium Duchownego. I choć otrzymał w nim tosturę i cztery święcenia mniejsze, seminarium jednak nie skończył. Oficjalnym powodem były kłopoty zdrowotne. Czy ten powód jest prawdziwy, nie wiemy i szczerze mówiąc trudno w to wytłumaczenie uwierzyć, ponieważ niedługo potem Aleksander podejmuje się pracy katechety i nauczyciela języka polskiego w… Jekatierinodarze w surowym klimacie Kaukazu. Myślami był jednak – jak się wydaje daleko, ponieważ od jakiegoś czasu marzył o wyjeździe do Włoch, dokąd zresztą dane mu było zaraz wyruszyć.

Pośród biedy i trudności rośnie w nim przekonanie o powołaniu do kapłaństwa. Z tym właśnie przekonaniem rusza w nieznane.

Pierwsza iskra W roku 1905 słońce Italii ma już nad swoją głową, lecz sam fakt przekroczenia granicy włoskiej nie był dla niego celem samym w sobie. Aleksander szukał zgromadzenia, które pozwoliłoby mu – wg pragnienia, jakie nosił w sercu – zostać misjonarzem. Nie przypuszczał zapewne, że czekają go jeszcze długie lata poszukiwań „swojego miejsca w Kościele”. Rozpoczyna je od nowicjatu u ojców pasjonistów, którego – jak się zdaje – nie ukończył, a powodem tego miała być znów sytuacja zdrowotna. W tej trudnej sytuacji pojawia się pierwsza „iskra”, z której ogień rozpali się dopiero później. Młody kleryk z Polski, który „nie nadawał się do kolejnego zakonu”, spotyka się z niejakim Alojzym Orione, włoskim księdzem, który od kilkunastu już lat organizował nową rodzinę zakonną – zgromadzenie Małe Dzieło Boskiej Opatrzności. Dynamiczny Założyciel nowego zgromadzenia – Ksiądz Orione musiał Aleksandrowi trafić do gustu, bo zatrzymał się on w jego instytucie – a ściśle: na Monte Mario, w Kolonii Rolniczej – przez równe trzy lata – do 1909 r. Ciekawe, bo także i to zgromadzenie opuścił – jak wzmiankuje – na skutek tego, że Ksiądz Orione nie rozwinął jeszcze misji zagranicznych. Nie wiemy, czy nie było innych przyczyn. Znowu możemy się tylko domyślać. Wiemy natomiast, że po opuszczeniu orionistów wstępuje do kolegium Św. Rafała, należącego do Towarzystwa Słowa Bożego (werbistów). U werbistów, ceniony ze względu na zdolności i znajomość języków, został wytypowany na ukończenie studiów w elitarnym Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. I istotnie, uczęszczał nań przez jeden rok. Nie zaliczył jednak egzaminu z dogmatyki i został przeniesiony do werbistów w Wiedniu, gdzie mógł – być może dzięki lepszej znajomości języka – skompletować swoje studia teologiczne. Gdyby wydarzenia te miały miejsce dziś, jego CV byłoby na pewno imponujące: w końcu mógł się pochwalić studiami w stolicach chrześcijaństwa i cesarstwa! Z jego perspektywy wyglądało to jednak zgoła inaczej, ponieważ oznaczało dodatkowe upokorzenia i lata niepewności.

Tułaczka do Orione Mimo uniwersyteckiego sukcesu w Wiedniu opuścił także werbistów, choć to przecież par excellence zgromadzenie misyjne. 1911 r. rozpoczyna zatem kolejny etap tułaczki. Tułaczki, która wystawiła na próbę jego powołanie kapłańskie i misyjne. Ta walka trwała trzy lata. Wiemy, że jej frontem były nawet Stany Zjednoczone a dokładniej niemal w połowie polskie Chicago, skąd wrócił – mówiąc delikatnie – w nie najlepszym nastroju. W takim stanie, pełnego duchowych rozterek spotyka go ponownie Ksiądz Orione a spotkanie to musiało być niezwykle poruszające. Kleryk Aleksander zwierzył się przed nim ze swych kłopotów i zmartwień, a ów włoski ksiądz – zamiast wyrzucać polskiemu klerykowi opuszczenie zgromadzenia – pomógł mu odzyskać wiarę w swoje powołanie i od razu przyjął go skracając tym samym i tak już długi okres poszukiwań. Z zapisków i relacji wiemy też, że po rozmowie tej wyzbył się pośpiechu i czekał cierpliwie na decyzję odnośnie swoich święceń kapłańskich i ślubów wieczystych– pierwsze otrzymał dopiero 1921 r. a drugie rok później. Ksiądz Orione wyciągnął do niego braterską dłoń, by mu pomóc i jej nie cofnął. Za ten gest ksiądz Chwiłowicz będzie wdzięczny Założycielowi w doli i niedoli – wdzięczny nie tyle słowem, co czynem, przez całe życie.

Zamiast ganić i wyrzucać polskiemu klerykowi opuszczenie zgromadzenia – Orione pomógł mu odzyskać wiarę w powołanie. Za ten gest Chwiłowicz będzie mu wdzięczny do końca życia.

List do Polski Okres od święceń kapłańskich (1921) do wyjazdu do Polski (1923) spędził ks. Chwiłowicz w zakładach w Wenecji, dopiero co otwartych, przygotowując się pomału do prac w niepodległej ojczyźnie. Wszystko przemawia za tym, że między nim a Księdzem Orione toczyły się już rozmowy na temat ewentualnej misji na Polskę. Jako jej początek możemy wskazać datę 29 stycznia 1923 r., kiedy Ksiądz Orione wręczył ks. Chwiłowiczowi pismo, którym go kierował do pracy w ojczyźnie. To miał być swego rodzaju desant ideałów Zgromadzenia na teren Polski – tak jak to było w przypadku Brazylii i Argentyny. Ks. Chwiłowicz – obdarzony takim zaufaniem – nie posiadał się ze szczęścia. Opuszczał Włochy jak najprędzej i ruszał. Zadanie miał jasne. Przynajmniej na jeden rok.

Pierwsza impreza w Zduńskiej Woli Wraca zatem do niepodległej Polski po 18 latach i udaje się do rodzinnej Słupcy, by tam odprawić mszę prymicyjną. Dalej – wiedziony zmysłem posłuszeństwa – odwiedza biskupa diecezji, na terenie której Słupca się znajduje – ks. bpa Stanisława Zdzitowieckiego, żeby się przedstawić i zapytać o ewentualne możliwości „zaczepienia”. A ponieważ ks. Biskupowi nie było obce Zgromadzenie Księdza Orione – choćby dzięki ks. Franciszkowi Ligenzie mianowanemu przezeń proboszczem w Zduńskiej Woli – to miasto mógł właśnie mieć na uwadze. Latem tego roku (1923), mianowany przez ks. biskupa wikariuszem, osiadł w końcu w Zduńskiej Woli przy kościele NMP. Jednocześnie wystąpił do Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego o zatwierdzenie statutu i już w sierpniu cieszył się jego zatwierdzeniem. Pracujący w tym Ministerstwie ks. bp Adolf Szelążek nie przeciągał sprawy, tak jak to się nieraz dzieje dzisiaj. Mając taki dokument mógł zaczynać działać i to „na wszystkich frontach”. Zobaczymy to zresztą zaraz. W byłym domu dla staruszków i na plebanii szybko zorganizował zakład wychowawczy dla kilkunastu chłopców, w którym znalazło się także czterech kleryków. Ci, będący w kłopotach finansowych, poznawszy ks. Chwiłowicza od razu za nim poszli. W czasie, kiedy w Polsce dotkliwie odczuwano wielki brak zakładów wychowawczych i szkół, taka impreza, godna pochwały i polecenia, nie mogła przejść bez echa. Wkrótce też pojawili się pierwsi sympatycy i dobrodzieje zakładu. Obok zabiegów wokół zorganizowania zakładu duszpasterzował w parafii obejmując opieką katolicką mniejszość niemiecką, jako że znał dobrze język niemiecki. To wszystko jednak było dla niego mało.

Opatrznościowa likwidacja i minister z nieba Jako wikariusz i nauczyciel marzył bowiem o kupnie jakiejś posesji i budowie zakładu „z prawdziwego zdarzenia”. Potrzebę szybkiego działania w tym kierunku uzmysłowił mu też pewien bolesny fakt. Podczas jego nieobecności w Polsce jeden ze współpracujących z nim księży likwiduje zakład opiekuńczy (za co zresztą otrzymał ostre upomnienie od biskupa). Toteż po powrocie do kraju zaczął szybko szukać możliwości nabycia jakiejś posesji, choć wielka stopa inflacyjna waluty nakazywała ostrożność i roztropność. Te ostatnie trudności Opatrzność usunęła bardzo szybko: 28 kwietnia tego roku minister Władysław Grabski wprowadza w obieg złoty na miejsce marki polskiej, zapewniając mu dużą stabilność. Z tych przesłanek natury gospodarczej ks. Chwiłowicz szybko wyciągnął właściwe wnioski – już po tygodniu.

Dom Misyjny w knajpie 5 maja 1924 ks. Chwiłowicz nabył za 35830 zł (z czego większa część pochodziła z jego oszczędności amerykańskich) od państwa Salingów posesję – dom piętrowy, który tak naprawdę był przydrożną karczmą. Przeniósł się do nowej posiadłości już 1 lipca tegoż roku. Czas do rozpoczęcia nowego roku szkolnego 1924/25 poświęcono na adaptację i różnego rodzaju rozbudowę lokali, przy czym – co mogło i wzbudziło niemałą konsternację – salę balową przeznaczono na kaplicę. „Gdzie diabeł harcował, Chrystus będzie królował” – orzekł ks. Chwiłowicz i stało się. 1 listopada wspólnota przeżyła wielką radość: dziekan sieradzki – ks. Walery Pogorzelski z ramienia Kurii włocławskiej poświęcił przygotowaną ubogą kaplicę pw. Świętej Trójcy. Wydarzenie było na tyle intrygujące i podniosłe zarazem, że poświęcono mu obszerny artykuł w lokalnej gazecie („Ziemia Sieradzka”, nr 45, 1924). Artykuł donosił, że aktowi poświęcenia towarzyszył wielki entuzjazm tłumów – radość, że w tej części miasta powstało nowe centrum kultu religijnego. Dom Nazwano „Domem Misyjnym”, by uwypuklić jego otwartość i stojące przed nim zadania lecz trudno nie dopatrywać się w tym ręki ks. Chwiłowicza, który misjonarzem czuł się od dziecka. Już po dwóch latach nastąpiła totalna rozbudowa Domu, tak że w roku szkolnym 1926/27 dom ten mógł hospitować dwustu dwudziestu uczniów. Tu ważny wtręt – od roku ks. Aleksander miał już przy sobie ks. Błażeja Marabotto, Włocha – kolejną świetlaną postać w historii Zgromadzenia w Polsce. Wracając do rozbudowy zakładu należy powiedzieć, że stanowił on rodzaj niższego seminarium duchownego, które wprost kipiało życiem. Do grona nauczycielskiego dołączali nowi księża i profesorowie z gimnazjów miejskich, rosła liczba uczniów i kleryków (do kilkudziesięciu) a nad wszystkim czuwał niezmordowany ojciec Chwiłowicz. Nieraz zmęczony potwornie, do ostatnich granic…

Salę, którą w karczmie szumnie nazywano balową przeznaczono na kaplicę. „Gdzie diabeł harcował, Chrystus będzie królował” – orzekł ks. Chwiłowicz i stało się.

Niezastąpione kobiety Dla pełniejszego obrazu pięcioletniej (1923 – 1928) działalności ks. Chwiłowicza w Polsce należy jeszcze dodać, że kapłan ten zadbał również o rozwój gałęzi żeńskiej Zgromadzenia. Zbierał powołania zakonne i już w 1927 r. wybudował im dom obok zakładu. Prowadząc kuchnie i pralnię, siostry te były dlań niezastąpioną pomocą. Wykonał też pierwsze kroki celem wydawania własnego czasopisma, ale dla tych poczynań zdołał jedynie wybudować odpowiednie lokale. Chodziło o polski organ orionistów pt. Małe Dzieło Boskiej Opatrzności – odpowiednik włoskiego La Piccola Opera della Divina Prowidenza. Organ ten rozpoczęto wydawać w rok po wyjeździe ks. Chwiłowicza z Polski (1928).

Nagłe odwołanie Ksiądz Chwiłowicz został odwołany przez Księdza Orione do Włoch w 1928 r. Wyjazd nastąpił późną jesienią. Wydaje się, że wyjeżdżając z Polski nie przypuszczał, iż więcej do niej nie powróci. Zabrał ze sobą właśnie trzecią grupę kleryków na studia oraz trzy kandydatki do życia zakonnego – te które odprawiwszy nowicjat i spędziwszy trzy lata we Włoszech stały się pierwszymi polskimi zakonnicami – orionistkami. Odwołanie ks. Chwiłowicza położyło kres jego działalności w naszym kraju. Przejmie po nim wszystko wspomniany ks. Marabotto, któremu zresztą nie na rękę był ten wyjazd i czemu dał wyraz w liście do Założyciela. Odwołany przeszedł do legendy jako zakonnik, kapłan, pełen zaparcia się siebie, pełen gorliwości i oddania sprawie Bożej, jako – jak powszechnie mówiono – szaleniec Boży…

Szlakiem Kolumba Ksiądz Chwiłowicz na pewno przeżył boleśnie opuszczenie Domu Misyjnego, tym bardziej że wiele rzeczy w nim miał jeszcze do zrobienia. Ale chodziło o stanowisko Księdza Orione, które dla niego miało bardzo wielkie znaczenie i którego nie miał zamiaru podważać. We Włoszech nie zatrzymał się długo. Już 16 stycznia (1929) otrzymał pismo uwierzytelniająco-polecające od Księdza Orione, którym Założyciel posyłał go do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, by i tam zaszczepił jego ducha. Zaopatrzony w taki dokument nie zwlekał z wyjazdem do kraju, w którym właśnie rozpoczął się wielki kryzys gospodarczy, opanowujący powoli cały świat. Przybywszy do Stanów Zjednoczonych zatrzymał się najpierw przy kościele polskim w New Britain (Connecticut), potem w Chicago pomagając miejscowemu klerowi i szukając możliwości nabycia jakiegoś obiektu, który by mógł być pierwszą oriońską siedzibą w tym kraju. Na razie jednak pracował wśród wiernych polskiego pochodzenia żyjąc ubogo i oszczędnie. Ksiądz Orione nie mógł mu pomóc materialnie; był zdany więc na własną przedsiębiorczość i zaradność. Jedynie za pieniądze zaoszczędzone miał coś zrobić dla Zgromadzenia. Trzeba przyznać – iście opatrznościowy biznesplan.

Uśmiechnięte błogosławieństwo Po czteroletnich poszukiwaniach – w okresie prosperity po kryzysie gospodarczym – nabył w 1933 r. trzypiętrowy dom ze skrawkiem ziemi od ojców benedyktynów w Jasper Indiana – w miasteczku zamieszkałym w większości przez emigrantów niemieckich. Dom nazwał „Providence Home – Domem Opatrzności” a Biskup Evansville pozwolił na wejście do Diecezji. Inwestycja musiała iść jak po grudzie, skoro ks. Chwiłowicz odwoływał się do polskich dobrodziejów Zgromadzenia o pomoc. Do nowo nabytego domu przyjęto staruszków m. in. spośród Polaków i zaczęto przygarniać młodzieńców – przyszłe powołania zakonne do Zgromadzenia na tym terenie. W Jasper Indiana pracował ks. Chwiłowicz do 1955 r. a zatem spędził w tym miasteczku dwadzieścia dwa lata. Po czym tam dał się poznać? – Przede wszystkim – jak mówił ks. Tadeusz Sztuczko, jeden z wychowanków ks. Chwiłowicza – po życzliwym uśmiechu i krótkiej rozmowie z każdym na ulicach miasteczka; po udzielaniu kapłańskiego błogosławieństwa każdemu (dosłownie) i życzeniu wszelkiego dobra; po interesowaniu się zarówno małymi jak i dużymi problemami tych, których spotykał a więc po ojcowskim stosunku do każdego kto znalazł się w jego obecności. Z tego domu, który nosił nazwę Opatrzności, nie zapomniał o Zgromadzeniu we Włoszech zrujnowanych materialnie w czasie wojny – słał tam pomoc finansową. Dobrze zna te sprawy wzmiankowany ks. Tadeusz, który jako kleryk jadąc na studia do Włoch „przemycił” w obuwiu – specjalnie do tego przygotowanym – dużą sumę dolarów.

Bukiet kwiatów od biskupa Kierownicze stanowisko w zakładzie przekazał już jako siedemdziesięciopięcioletni człowiek, wyjeżdżając potem do Chicago, gdzie pomagał w kilku parafiach aż do 1964 r. W tym czasie zaczął zapadać na zdrowiu, nadto nieopatrznie zranił sobie nogę, nie mówiąc o tym nikomu i próbując samemu ją wyleczyć. W końcu jednak przewieziono go do nowego zakładu w Bostonie, który wybudowali oriońscy współbracia włoskiego pochodzenia, gdzie 20 września 1967 r. zakończył życie. Został pochowany w Jasper Indiana. Na wieść o śmierci ks. Chwlłowicza napłynęło na ręce ks. Rocco Crescenziego, ówczesnego przełożonego orionistów amerykańskich, wiele listów kondolencyjnych od współbraci. Ksiądz Richard kard. Cushing, arcybiskup Bostonu, w liście kondolencyjnym napisał: „Myślę, że najlepszym sposobem wyrażenia mojego współczucia Księdzu i Jego Współbraciom będzie pamięć o Ojcu Aleksandrze, gdy prześlę najpiękniejszą wiązankę duchową, którą mogę ofiarować, tj. Mszę świętą gregoriańską”.

Niniejsze opracowanie nie powstałoby, gdyby nie mrówcza praca księdza Bolesława Majdaka – oriońskiego historyka, który przeszło 20 lat temu opublikował efekt swoich badań i refleksji nad życiorysem ks. Aleksandra Chwiłowicza, pt. „Rozbójnik Chrystusa”.

Dzisiaj jest

poniedziałek,
18 grudnia 2017

(352. dzień roku)

Ministranci

Święta

Poniedziałek, III Tydzień Adwentu Rok B, II Dzień Powszedn

Liturgia słowa

Czytania:

  • Ewangelia:

Sonda

Czy uczestniczysz w niedzielnej Eucharystii?

Tak

Nie

Nieregularnie


Licznik

Liczba wyświetleń:
3592212